ZAPRASZAM
Zapraszam mieszkańców Dolnego Śląska i północnej Opolszczyzny do słuchania radia "Rodzina" w ostatni piątek miesiąca, godź. 21,30. Audycja - rozmowy o Kresach.
BARBARZYŃCY U BRAM
NARADA JĘZYKOWA
Zgodnie z tajnymi instrukcjami Prezydenta, na naradę zaproszeni zostali ludzie z bardzo wąskiego klucza, a mianowicie: władze wojewódzkie partii Kariera i Sukces, najważniejsi naczelnicy i dyrektorzy wysokich urzędów państwowych, marszałek Sejmiku, najwierniejsi radni, zaprzyjaźniona profesura i, ma się rozumieć, liberalni i postępowi artyści, dziennikarze i pisarze. Słowem, elita intelektualna miasta i regionu. Nikt ponadto. Zgodnie z ustaloną doktryną naukową, elity stały się solą tej ziemi. I właśnie ściągały teraz do sali obrad Urzędu Miejskiego na drugim piętrze.
Jako pierwszy wkroczył dziarskim krokiem wojewoda Migotek. Od razu zajął godne jego pozycji miejsce w pierwszym rzędzie. Słynny siny nos budził powszechne zainteresowanie, bowiem jak barometr wskazywał klimat panujący aktualnie w jego instytucji. Gdy nos nabierał odcienia różowego, wiadomo było, że klimat jest gorący, gdy szedł w stronę zieleni i żółci, temperatura stawała się umiarkowana, natomiast czerwień i bordo wskazywały na szalejącą spiekotę, nadchodzące sztormy i walące pioruny. Tym razem nos wojewody przybrał kolor niebieski, dodajmy, wręcz fioletowy, spłaszczył się i już wiadomo było, że wojewoda miał ciężką noc. Tym bardziej, że i oczy miał podkrążone, a cerę nieprzyjemnie ziemistą.
Dołączył do niego już marszałek Sejmiku Wojewódzkiego, Bazyli Gbura, o bladych policzkach, cienkich ustach i wąskich, ciemnych okularach, które zdjął, by zlustrować nos wojewody.
- Widzę, Leon – odezwał się z kwaśnym uśmieszkiem, ściskając mu dłoń - że nie próżnowałeś tej nocy.
Wojewoda zimno odparł:
- Nie dorównuję tobie, Bazyli.
Ale natychmiast odwrócił się, bo usłyszał rosnący zgiełk i harmider wchodzących małymi grupkami intelektualistów, żywo z sobą o czymś rozprawiających. Przebijał się już krzykliwy głos wpływowej w mieście radnej z klubu Prezydenta „ Rój Przyszłości”, znanej dziennikarki radiowej i telewizyjnej, Niusi Jeżozwierz, która wpadła na naradę jak burza i od razu narobiła szumu, rozgłaszając wszem i wobec, że właśnie kupiła nową torebkę i zaczęła ją pokazywać każdemu, kto się napatoczył. Intelektualiści nachylali ku sobie głowy i coś ważnego szeptali do uszu. A Niusia Jeżozwierz prezentowała już nowy naszyjnik ze sztucznych pereł, bluzę wycyganioną od straganiarki za 90 złotych, pierścionek ze świecącym kamieniem i wmawiała słynnemu chirurgowi, Bohdanowi Kukiełce, że otrzymała te kosztowności w darze od wielbiciela. Rzucała się na szyję mężczyznom, obcałowywała kwiat feministek, aż nagle zrobiła się cisza, bo wchodził Prezydent w otoczeniu śmietanki naukowej. Niusia już biegła ku niemu, by oznajmić, że świetnie dzisiaj wygląda. I istotnie, wyglądał kwitnąco. Zwykle posępna i gnuśna mina ustąpiła powadze i dostojeństwu, a z oblicza promieniowało ciepło, zrozumienie i życzliwość dla świata. Z oczu bił świetlany blask, zachwycała królewska postawa, męski prężny krok, głowa uniesiona do góry i spojrzenie pełne optymizmu.
- Och, pan Prezydent – pisnęła z uwielbieniem radna Jeżozwierz.
A radna Stulgęba zacisnęła kolana.
- Pan Prezydent, pan Prezydent – niosły się szepty. Jednym z najpoważniejszych, jak wieść gminna niosła, kandydatów na premiera. Dlatego każde dziś słowo Prezydenta miasta stawało się słowem premiera kraju.
Obok Prezydenta szedł wielki autorytet moralny, profesor Pszczoła, który budził powszechny podziw, jako najwybitniejszy językoznawca naszej ery, a zarazem unikalny komentator telewizji publicznej. Towarzyszyli mu - profesor Bzik, historyk literatury, krytyk sztuki i znawca piękna, prof. Cudrak, głośny matematyk i szef klubu „Intelekt i Postępowa Wibracja Mózgu” oraz prof. Pingwin, politolog o oryginalnym umyśle literackim. A pochód zamykała persona w tym kręgu raczej nieznana, o dość osobliwym fizys, z twarzą, zauważmy, tępą i gburowatą, karkiem bawołu, nosem tłustym i lśniącym, na domiar kołkowatym, osobnik, jak inni powiadali, o nieco kocim, a nieco psim wyglądzie, z mordką królika, uszami osła i nosem kozła. Tak, czy inaczej, indywiduum rzadko spotykane. W hierarchii ważności to indywiduum zajmowało piąte miejsce, co je nagle wyniosło na szczyt życia intelektualnego grodu.
Prezydent najpierw powitał profesora Pszczołę, o którym powiedział, że jest jedyną gwiazdą, która rozsiewa wokół siebie światło postępowego języka, a potem przedstawił dr hab. Hiacynta Ślizga, który, proszę, zwrócić na to uwagę, Wysoki Sądzie, nie był typowym naukowcem, ale jakby z natury swego umysłu, zbieraczem, jeśli się tak można wyrazić, językowej prawdy. On właśnie, pracując w spółdzielczości, powiadał Prezydent, udowadnia, iż na tak wysokie stanowiska partia Kariera i Sukces deleguje osoby o najwyższych kwalifikacjach lingwistycznych.
Zgromadzeni, którzy po kątach po cichu komentowali wystąpienie Prezydenta, wyciszyli się. Szum ustał. A Prezydent długo się nagle umilkłej sali przyglądał. Nie słyszał już żadnego komentarza i żadnej wątpliwości.
„Uśmiech Bon, tylko uśmiech”, przemówił do siebie. I uśmiechnął się.
I sala się uśmiechnęła. Znowu miał ją pod kontrolą.
Uniósł rękę i wskazując mównicę, poprosił prof. Pszczołę o
wygłoszenie referatu pt. „Zdobycze teoretyczne językoznawstwa a wymagania nowej epoki”.
Profesor wchodził na mównicę lekko zgarbiony. Spod jego mongolskiego oblicza uśmiech przedzierał się z trudem, rysy zwierały się, a szczęka lekko drżała.
- Proszę państwa – już wykładał, modulując głos i sprawdzając jak brzmi, oddalając się od mikrofonu i przybliżając – chciałem zacząć od cytatu…
Wiedział, co robi. Wszyscy wielcy uczeni zaczynali od cytatów, jakby siebie usuwając w cień.
- Otóż znany badacz języka – kontynuował - Russ Rymer powiedział – w tym miejscu prof. Pszczoła nie zajrzał do żadnej kartki, nie spojrzał nawet na dłoń, na której byłaby zapisana ściąga, tylko walił proso z mostu: Lingwistyka jest prawdopodobnie istotą, wokół której w akademickim królestwie trwają największe spory. Jest przesiąknięta krwią poetów, teologów, filozofów, filologów, psychologów, biologów, antropologów i neurologów, razem z ich krwią czerpana jest również krew gramatyków".
Zamilkł, wstrzymał oddech, a wraz nim i audytorium wstrzymało oddech.
Nie zdążyliśmy dopowiedzieć, że zebrani wyciągnęli zeszyty, notesy, kartki papieru, a niektórzy nawet i notebooki, magnetofony, komórki i zapisywali, nagrywali i rejestrowali każde profesorskie słowo. A sam fakt, że prof. Pszczoła wybrał taki, a nie inny cytat, i mówił z pamięci, wskazywał na klasę jego umysłu. No, i to obrazowe przedstawienie, czym jest lingwistyka. „Przesiąknięta krwią poetów, teologów, filozofów”… niesamowity widok, chwytający za serce. - Tak, szanowni państwo – mówił – język to niemal biologiczny organizm, żywy, dynamiczny, w nieustannym rozwoju, tak jak człowiek i cały świat, zmienia się, modyfikuje, przeobraża, ale też wygasa, choruje, gubi się, zatraca i umiera. Ma swoją chemię, fizykę, rządzi się podobną jak nasze ciało logiką. Ma swoje sztandary, symbole, metafory, okna i drzwi na świat.
Na chwilę przerwał, by się nasycić skrzypieniem wiecznych piór, błyskaniem fleszy i światłami telewizyjnych reflektorów.
- Jego krwiobieg – znowu głosił – podobny jest do naszego krwiobiegu. Ma swoje naczynia krwionośne, żyły, aorty, tętnice, serce… A wielu uczonych sądzi, że np. nasz mózg zawiera w sobie coś jakby moduł językowy…
- Co to znaczy? – krzyknęła redaktor Jeżozwierz.
- To znaczy, droga pani redaktor – wyjaśniał – że mózg został w ten sposób zaprojektowany, by przewidział rodzące się w nim struktury językowe. I przygotował dla nich miejsce, jakby sale porodowe, wyrażając się językiem medycyny - tu spojrzał na chirurga Kobiałkę, który mu się ukłonił. – Chodzi o to, że nasz mózg jest gotów do przyjęcia wszystkich struktur językowych, bowiem posiada jakby bazę uniwersalną dla wszystkich języków świata…
- Nawet chińskiego? – włączył się Marszałek Sejmiku, niegdyś amator recytator i teraz chciał się wykazać zaangażowaniem językowym. – Mam na myśli, czy ja, Polak, bez trudu mogę się nauczyć chińskiego?
Na słowo „Polak” Prezydent gorzko się skrzywił. „Ja Polak”, wydął z pogardą usta. „ Ja Europejczyk, to co innego. Ale ja Polak?” – wyraźnie był niezadowolony. Nie znosił Gbury. A poza tym, uważał go za wtyczkę narodowców w jego partii i zamierzał się z nim kategorycznie i raz na zawsze rozprawić. A wiadomo było, co znaczy narodowiec: ciemnota, wstecznictwo i zabobony.
- Oczywiście, panie Marszałku – odparł z należną powagą profesor. – Może się pan uczyć równocześnie chińskiego, japońskiego, szwedzkiego i malajskiego, ponieważ gniazdo, w którym wylęgają się języki, jest bardzo pojemne. Rzec można, jest to coś w rodzaju gniazda w gnieździe, a w tym gnieździe jeszcze jedno gniazdo.
- Matrioszka! – ktoś bąknął.
Profesor z wyższością uśmiechnął się i dobrodusznie stwierdził.
- Coś w tym typie.
- A gdy się nie uczymy języków? – dociekliwie spytał chirurg Kobiałka.
- To gniazda czekają, aż dojrzejemy.
Sala wybuchła śmiechem. Skonfundowany Kobiałka uznał, że już nie będzie o nic pytać, bo za trudna to dla niego materia. Schował się za plecy profesora Pingwina i zajął się przeglądaniem własnych dłoni.
- Krótko mówiąc – ciągnął profesor Pszczoła- istnieje coś takiego jak genotyp języka… znaczy… - zawahał się, ale zaraz kontynuował: - …jak to bywa z genotypami – uśmiechnął się cierpko - organizmy nieraz się wypaczają, zatracają pierwotny sens i rodzi się w nich coś w rodzaju zrogowacenia, martwicy językowej , można powiedzieć - raka …
- Raka języka? – nie wytrzymała redaktor Jeżozwierz.
- Coś w tym typie – tłumaczył profesor. - Język wymaga leczenia – stwierdził. - I to jest, proszę państwa, sedno mojego wykładu. Język nie może być źródłem konfliktów, napięć i antagonizmów. Język ma budować, a nie niszczyć. Łączyć, a nie dzielić. Czynić nas lepszymi, a nie gorszymi. Czyż nie tak?
- Tak… – poniosło się po sali. Widział, jak kwiat intelektualny miasta kiwa głowami.
- Więc język ma być sam w sobie – wykładał - czysty. Wewnętrznie wolny. By nie miał takich pojęć, które dzisiaj nam doskwierają i niszczą wspólnotę. Powodują tragedie, wojny i kataklizmy. Powiem wprost, nasz pierwotny, najwcześniejszy świat nie znał konfliktów zrodzonych z języka. Bo nie używał słów konfliktogennych. A dlaczego nie używał? – rzucił spojrzenie po sali, ale nikt nie odpowiedział. Więc ciągnął dalej. - Dlatego, proszę państwa, że nie ich miał w swoich zasobach językowych. A nasz świat zna konflikty wyłącznie zrodzone z języka! – głos profesora nabrał tonów ostrzejszych. – I to jest dramat naszych czasów! – wołał - Język staje się źródłem zła! - zaciskał pięści. - Źródłem agresji, terroru i nienawiści.
Sala zamarła. Było tak cicho, że audytorium słyszało świszczący oddech profesora.
- Wiek XXI będzie wiekiem języka bezkonfliktowego albo nie będzie go wcale – rąbnął pięścią w pulpit. - Narasta świadomość językowa – mówił. - Dość mamy starego świata - krzyknął, aż redaktor Jeżozwierz poderwała się z miejsca. Ale zaraz usiadła. - Nasz język, proszę państwa, wypacza dzisiaj sens życia w wolnej Europie! – grzmiał. - Nie chcemy języka, który nas dzieli, konfliktuje i podsyca waśnie. A ten język konfliktuje i podsyca. Stawia mury! Powoduje wojny. A my nie potrzebujemy wojen, ataków i zbrodni! – walił w oczy. Czoło zrosił mu pot. Szczęka nerwowo drgała. Twarz tężała w gniewie.
Prezydent tylko zacierał ręce. Był zachwycony wykładem. „ O to mi chodzi, Max, o to mi chodzi” , szeptał do siebie.
- Nasz język – wołał wzburzony profesor – to nic innego, tylko pętla nad naszą głową! – ryczał.
Sala aż się cofnęła. .
A redaktor Jeżozwierz z przerażeniem uniosła głowę , bojąc się, że pętla języka już się zaciska na jej szyi.
Profesor widział, że wykład robi wrażenie. Intelektualiści wycierali pot z czoła. Ukradkiem zerkali za siebie, jakby sprawdzając, czy jest jeszcze jakiś ratunek przed nimi.
- Język, który sieje nienawiść, jest językiem faszyzmu! – zaatakował. - Taki język musimy zlikwidować.
- Ale jak?! – jęknęła zdeterminowana redaktor Jeżozwierz, gotowa zlinczować język.
- O tym za chwilę – odparł profesor i rozkoszował się własnymi słowami. „A to dopiero początek, pomyślał. A co będzie, jak skończę?!” - już widział siebie w glorii oklasków.
- Ale nie skończysz! – nagle usłyszał. I zobaczył widmo przed sobą. Przed nim na mównicy stał czerwony kogut i przemówił: - Nie skończysz, draniu, tego wykładu!
Profesor zsiniał i uniósł ręce, jakby się broniąc przed intruzem, ale o dziwo, intruz nagle zniknął. Gdy profesor przetarł oczy, a potem znowu otworzył, nikogo, ma się rozumieć, nie było. „To z nerwów”, szybko sobie wytłumaczył, nabrał powietrza i z jeszcze większym zaangażowaniem wykładał:
- Skoro już mamy podbudowę teoretyczną – zmierzał prostą drogą do celu - to przeanalizujmy kilka terminów, które nie łączą, a dzielą, czyli nie są proeuropejskie.
Poprzez negację do pozytywu, natychmiast pojął Prezydent. - Dialektyka. – Uśmiechnął się tajemniczo.
Pióra przestały skrzypieć. Aparaty cyfrowe zamilkły. Głowy, jedna po drugiej, unosiły się do góry, a oczy pochłaniały jaśniejące mądrością oblicze profesora. Czuło się wielkie oczekiwanie
- Proszę państwa – odezwał się profesor - weźmy pierwszy z brzegu przykład, który padł na tej sali.
Intelektualiści wstrzymali oddechy.
– Otóż pan Marszałek, Bazyli Gbura był uprzejmy, o ile pamiętam, wyrazić się następująco: „ Ja, Polak”… Czyż nie tak, panie Marszałku? – szukał go wzrokiem.
Marszałek odparł:
- No tak?! Ja Polak. A co? – nie rozumiał do czego profesor pije.
- Proszę państwa – mówił jakby zakłopotany profesor. – Pragnę na początku, rzecz jasna, się zastrzec, że nie ma w tym ani chrzty winy pana Marszałka.
- Jakiej winy?! - burknął Marszałek, ale poczuł, że robi mu się gorąco.
- Właśnie wyjaśniam, że nie ma w tym ani chrzty winy pana Marszałka – wpatrywał się w niego profesor.
Jeszcze się zobaczy, mściwe pomyślał Prezydent.
– To sprawa paradygmatu językowego… - skinął profesor głową.
- Czego? – nie dosłyszał Marszałek.
- Mówię o paradygmacie językowym – powiedział głośniej profesor.
- O jakim paradygmacie?! – obruszył się Marszałek. – Nie mówiłem o żadnym paradygmacie! – poczuł jak druga fala gorąca uderza mu w kark i obejmuje ciało.
- W tym sęk, panie Marszałku, że pan nie mówił o paradygmacie, ale jakby ten paradygmat wygenerował…
- Niby co? – Marszałek wbijał ciężkie spojrzenie w twarz profesora.
- To znaczy – jowialnie tłumaczył profesor - wcielał w życie...
- W jakie życie!? – Marszałek był wyraźnie zdenerwowany.
Ale i profesor czuł na sobie ciężar tego zwarcia. W końcu to Marszałek. Nie byle kto. Wysoka władza. Najwyższa w województwie. Muszę się z nią liczyć, pomyślał. Ale mleko się rozlało. Idę na całego. Gdyby coś nie tak, Bonawentura mnie obroni. To on tu rządzi, a nie, nomen omen, Gbur – zjadliwie się uśmiechnął. I uświadomił sobie, że też go nie kocha. To uświadomienie natychmiast zmieniło jego postawę. Szepnął do siebie: - Spadł mi z nieba. To moja wielka szansa. Nie będę się cackać. Jak przełkniemy tę gorzka pigułkę, potem będzie już tylko łatwiej.
Chwilę pomyślał i uznał, że zwrot „spadł mi nie z nieba”, nie był zbyt fortunny. Bo „niebo”, wiadomo, słowo obcego chowu. Na szczęście nikt go nie słyszał.
- Wcielił pan, panie Marszałku, w życie – wrócił do tematu - niesłuszny paradygmat językowy, który ludzi dzieli, a nawet antagonizuje, powoduje ostre konflikty…. skłania do agresji… - wyszukiwał nowych, ostrych terminów.
- Wypraszam sobie takie uwagi! – warknął Marszałek. – Pan chyba zwariował!?
Sytuacja stawała się groźna. A Marszałek poczuł, jak trzecia fala gorąca zalewa mu twarz. I już się pocił.
- Panie Marszałku, jesteśmy wśród swoich i nie ma powodu, by się Pan obrażał - powściągliwie rzekł profesor.
- Ja nie tego… – Marszałek wciąż był nadąsany.
- Dałem pana przykład, ponieważ Pan, jako depozytariusz języka, sam użył tych nieszczęśliwych pojęć…
- Jakich znowu nieszczęśliwych?! –w Marszałka wstępowały demony gniewu.
Profesor zwrócił się do audytorium.
- Czy słyszeli państwo jak pan Marszałek powiedział: - „Ja, Polak”?
Pierwsza rzuciła się do odpowiedzi redaktor Jeżozwierz.
- Pewnie, że słyszeliśmy – oskarżycielsko rzuciła.
- I co z tego?- buńczucznie odezwał się Marszałek. - Nie wolno?
No, brnij dalej, cieszył się Prezydent, tłumiąc śmiech.
- Wolno – odparł profesor. – Tylko…
- Tylko co?! – zuchwale wpatrywał się w niego Marszałek. Czuł, że za tym coś się kryje. Tylko jeszcze nie wiedział co. Nie był specjalistą od języka. Skończył technologię żywienia. I na tym się znał. A nie na słowach. Na wszelki wypadek postanowił poprzez atak zaskoczyć profesora. Był starym wyjadaczem i wiedział, że najlepsza obrona w polityce to atak. Nawet nauczył się na pamięć łacińskiej maksymy, którą cytował na zebraniach: Civis pacem parabellum. I już chciał palnąć, jak szablą, na odlew, gdy w ostatniej chwili uznał, że jeszcze za wcześnie. A profesor najspokojniej na świecie tłumaczył:
- Otóż, Panie Marszałku, proszę się nie obrażać… - znowu sala usłyszała pojednawcze tony.
Co on?! - w duchu karcił już profesora Prezydent. Zląkł się tego cymbała?!
Ale jakże się mylił. Nie znał perfekcyjnych metod polemiki uczonego. Dopiero po chwili przekonał się, z jaką maestrią i niuansami nauki ma do czynienia. Właśnie profesor ostrzył brzytwę.
- Słowo, Polak, dzieli, niszczy i degraduje! – zaatakował z furią.
- Co? Jak?! – Marszałka jakby obuchem walnął. - Polak!? – chwytał się za głowę. – Niszczy, degraduje?
- Tak, panie Marszałku. – Polak niszczy i degraduje. Powiem więcej, Polak powoduje same nieszczęścia, kataklizmy, wojny i katastrofy. Czas z tym skończyć! – nacierał profesor. - Jesteśmy w Europie. W środku kontynentu. W Unii Europejskiej – wyliczał.
- I co z tego?! – wycharczał Marszałek.
- To z tego, że jesteśmy obywatelami wielkiej rodziny europejskiej. I nie ma już Polaka. Jest obywatel. Obywatel, proszę państwa, Europejczyk! – grzmiał profesor. - Pora najwyższa sobie to uświadomić. – Odetchnął na chwilę i perorował: Obywatel, elektor, użytkownik, wyborca, członek Unii Europejskiej, towarzysz. Te słowa się liczą, a nie Polak. Bo one nie dzielą. Obywatelem jest każdy członek Unii Europejskim. Elektorem, użytkownikiem i wyborcą też. Eliminujemy pojęcia, które konfliktują. Nie będzie więc Polaka. Będzie obywatel, Europejczyk ….
- I obywatelka!? Europejka!? – krzyknęła feministka. – Równość płci!?
- Słusznie, obywatelka, Europejka!– wspomogła Jeżozwierz.
- Zgadzam się, drogie panie – wsparł je profesor. – O to nam chodzi. Obywatele i obywatelki! Te słowa nie dzielą, a łączą. Rozumiecie?
- Rozumiemy! – odkrzyknęło sto gardeł. Ma się rozumieć, poza szkodnikiem społecznym, Marszałkiem. Bo ten ciągle był naburmuszony.
- Czas przyspieszyć procesy integracyjne – niósł nową ideę profesor. - Pojęcia zabarwione negatywnie eliminujemy. Czas najwyższy zapomnieć o Polaku…. – zawahał się i strzelił - i o Polsce! – urwał i czekał na reakcję
Marszałkowi zdawało się, że się przesłyszał. I wywalał gały. A sala milczała. Jakby sparaliżowana, połamana i wypatroszona.
Prezydent miasta, widząc jak Marszałek wije się w rozpaczy, zacierał tylko ręce. Już go mam!, mściwie zaciskał usta. Pszczoła mi go na widelcu podaje. Już go obrabia. Widzę, jak latają mu oczka…
Marszałek istotnie dziwnie się zachowywał. Machał rękami, chwytał się za serce, otwierał usta, ale nie mógł złapać powietrza. W końcu zbladł, wargi mu zsiniały, na ustach pojawiła się piana, zachwiał się i upadł.
Sala oniemiała.
Gdy karetka zabrała Marszałka, intelektualiści doszli do siebie, a profesor ciągnął, jakby się nic nie stało, tylko aluzyjnie wspominając drobny epizod..
- To może i dobrze – zaczął akt drugi. – Nieraz potrzebne jest jakieś przesilenie, wstrząs, czy przełom, by oczyścić teren. Pan Marszałek szybko wydobrzeje. Nic mu się nie stanie.
- Nie wiadomo – mruknął Prezydent, ale tak cicho, że nikt go nie usłyszał. Profesor zaś uznał, że to najlepsza okazja, by raz na zawsze rozprawić się ze wstecznictwem i zacofaniem.
- Musimy – kontynuował – zrozumieć, że odrzucając stary język, odrzucamy stary świat. Bo świat jest zapisany w języku.
Redaktor Jeżozwierz tak była porażona odkryciem, że aż ręka się jej trzęsła. Trzy razy podkreśliła tę myśl. „A więc język! Tylko język! I wyłącznie język!” – dopisała własne uwagi.
Feministka Czupryło też intensywnie notowała.
- Nowa filozofia społeczeństwa! – rzuciła eurodeputowana Heredere.
- Tak, pani Luizo – usłyszawszy ją profesor, familiarnie zwrócił się do niej. - Nowa filozofia społeczeństwa – uniósł palec do góry.
- Nie narodu, a społeczeństwa! – z mocą zaakcentowała feministka Czupryło.
- Bardzo dobrze pani to ujęła, nie narodu, a społeczeństwa – profesor przyznał jej rację. - Bo naród dzieli, izoluje i konfliktuje! Proszę sobie wyobrazić, jak gigantyczna to różnica. Naród a społeczeństwo. Naród!?- lekceważąco wydął usta. I zaraz zadał pytanie, na które od razu sam odpowiedział. – Cóż to znaczy naród? Naród to formacja historyczna, przestarzała, anachroniczna. Dzieliła Europę na wiele nacji. Powodowała nieustanne wojny, podboje, mordy, zabory. Pora z tym skoczyć. Nie będzie już w Europie narodu. Będzie jedno, wielkie europejskie społeczeństwo. Społeczeństwo!- wybił. - Czy czujecie państwo w tych słowach agresję? Nienawiść? Inwazję? – objął szeregi intelektualistów bystrym spojrzeniem.
- Nie! – wyrwała się pierwsza redaktor Jeżozwierz.
- Oczywiście, że nie – spokojniej dodała mecenas Stulgęba.
– Ja czuję zjednoczenie, wspólnotę i jedność – uzupełniła radna Ciołek.
- Nawet, powiedziałabym, miłość! – wbiła się klinem feministka.
Redaktor Jeżozwierz aż zatkało.
- Miłość? – tego się nie spodziewała.
- Tak, Niusiu, miłość. Bo będzie to społeczeństwo obywatelskie, rozumiesz? – przekonywała feministka. – Każdy będzie kochać każdego, mężczyzna mężczyznę, kobieta kobietę. Nowy, fantastyczny świat. Bez wrogości, agresji i nienawiści. Tylko tolerancja. Feministki będą wchodziły w związki z innymi feministkami. Mężczyźni będą się kochać z innymi mężczyznami, to będzie świat tolerancji i zgody obywatelskiej.
Redaktor Jeżozwierz, przecież umysł jasny i nowoczesny, dopiero teraz zaskoczyła, że nie tylko społeczeństwo, ale i obywatelskie. I że miłość i tolerancja. I że w ogóle granice wolności znacznie się poszerzą. Coś dla niej. Od dawna nie miała mężczyzny. W społeczeństwie obywatelskim z pewnością go znajdzie. A może i kobietę? – nagle się oblizała. „Też nowe doświadczenie” – pomyślała. I poczuła się obywatelką.
Już nie miała cienia wątpliwości, że społeczeństwo obywatelskie jest jedyną reakcją na obskurantyzm, wstecznictwo i prostactwo. Będzie wyzwolona. Więc zawołała:
- Tylko społeczeństwo obywatelskie!
- Właśnie - przyznał jej rację profesor. – Co za gigantyczny krok w przyszłość. Koniec waśni, wojen, podbojów. Koniec niezgody i antagonizmów. Koniec pogardy, uprzedzeń i wykluczenia.
Intelektualiści zgodnym chórem pokiwali głowami.
- Popatrzcie, drodzy państwo – mówił profesor – jak na naszych oczach rozkwita społeczeństwo obywatelskie. Ileż nowych koncepcji, pomysłów i sugestii. I o to nam chodzi. Uwalniamy się od brzemiennych skutków słowa Polak, Polska, naród…
- A historia? – z desperackim pytaniem wyskoczyła redaktor Jeżozwierz. – Co będzie z historią?
- Na to pytanie właśnie czekałem, pani Niusiu – pieszczotliwie zwrócił się do niej profesor. – To bardzo dobre pytanie – podkreślił. – Oddaje głębię problemu. Znam naturalnie na nie odpowiedź. I od razu odpowiadam. Historia jest zbędna, bo nas cofa, hamuje rozwój, odwraca uwagę od bieżących spraw. Ale jutro zajmie się tym szczegółowo dr hab. Hiacynt Ślizg, specjalista od dawnych czasów – skierował wzrok w stronę prezesa spółdzielni mieszkaniowej. A potem znowu objął troskliwym spojrzeniem całe audytorium. I mówił: - Państwo jesteście na pierwszej linii frontu o nową rzeczywistość. I to państwo ją kształtują. Intelektualiści, uczeni, pisarze, media, władza. Taka będzie rzeczywistość, jaką ją teraz stworzymy. I to na długie lata. Nasza partia „Kariera i Sukces” przejmuje władzę. Za dwa trzy tygodnie zaczniemy rządzić. A co to znaczy rządzić? – podniósł wysoko głowę.
Już wiedzieli, że jak prof. Pszczoła podnosi wysoko głowę, to padnie kolejna złota my myśl. I padła:
- Rządzić to nie znaczy mieć w swojej ręce tylko władzę polityczną, Sejm, Senat, Parlament, wojsko, policję, a nawet pałac prezydencki…
- A co? – rzuciła dociekliwe pytanie redaktor Jeżozwierz.
- Rządzić, proszę państwa, to znaczy, mieć władzę nad językiem i jego przekaźnikami. Język musi być nasz! – walnął pięścią w stół.
- Ach, tak!? – skrzętnie zanotowała redaktor Jeżozwierz, a wraz z nią cała sala.
- Nasz! – powtórzył profesor. – Czyli postępowej inteligencji, uczonych, intelektualistów, pisarzy i naszych działaczy partyjnych… Bo dzisiaj nie armaty, bomby i satelity- wykładał - nie broń i bataliony wojskowe decydują o umysłach ludzkich. Nawet nie bogactwo… – rzucił pytające spojrzenie w głąb audytorium.
Sala nie drgnęła.
- Tylko? – honor audytorium ratowała jak zwykle aktywna umysłowo redaktor Jeżozwierz. Nawet feministka nie nadążała za nią.
- Tylko strategia językowa! – huknął profesor.
Znowu zaszeleściły kartki, poszły w ruch pióra, długopisy i magnetofony. Wszyscy notowali.
- A my - wzywał do czynu profesor - my jako pierwsza straż nowej rzeczywistości, winniśmy tę strategię wpajać naszemu społeczeństwu, obywatelom…
- I obywatelkom! – natychmiast zareagowała feministka.
- I obywatelkom – zgodził się profesor.
- Czyli co mamy robić? – radykalizowała spotkanie red. Jeżozwierz. – Usuwamy ze słownika niepotrzebne, konfliktogenne terminy, a zastępujemy je przyjaznymi, przychylnymi obywatelom… Dobrze rozumiem?
- Bardzo dobrze – odparł profesor.
- Prosimy o przykłady – włączyła się żona Prezydenta. I spojrzała na męża. Natychmiast zaakceptował mrugnięciem oka jej odwagę.
- Pani redaktor wspomniała o historii – już dawał przykłady profesor. - Tym, jak powiedziałem, zajmie się na seminarium, dr hab. Ślizg. Ja pragnę zwrócić państwa uwagę na nadużywanie innego terminu
- Jakiego?- z oburzeniem spytała redaktor Jeżozwierz, czując, że wrogie siły obskurantyzmu utkały jaką prowokację.
- Kresy – mściwie burknął profesor.
- Kresy? – na twarzach intelektualistów odbiła się głęboka i szczera niewiedza. – Jakie kresy? Co za kresy? – biło zdumienie, iż coś takiego, jak kresy, jeszcze istnieje.
- Tak, kresy, proszę państwa – wyjaśniał profesor. – Otóż pozostał jeszcze pewien odłam naszego społeczeństwa, niewielki wprawdzie, wymierający, trumienny, by tak rzec, ale jednak bardzo kłótliwy i agresywny, który nie może się wyzwolić od tego bękarta ciemności. Bo tak to z całą stanowczością należy nazwać - bękarta ciemności.
- Słusznie! – wkroczyła do akcji znana pisarka powieści uniwersalnych, Tamara Pilarczuk, która dotychczas bardzo skrupulatnie notowała złote myśli profesora. I była pod ich wrażeniem. – Są obce, wrogie siły – z odrazą mówiła - które nam zatruwają życie . – Nadużywają tego pojęcia, by jątrzyć, dzielić i ranić naszych braci ze wschodu. A ja właśnie piszę postępową powieść, która raz na zawsze odkłamie świadomość… - W tym momencie się zawahała, czy użyć pojęcia „świadomość obywatelską”, czy raczej „świadomość zbiorową”. Ale natychmiast, jako błyskotliwa myślicielka, odrzuciła „świadomość obywatelską”, ponieważ, jak wiadomo, świadomość obywatelska nie może być zakłamana, a więc fałszywa. Dlatego dziarsko uzupełnia – piszę więc powieść, która odkłamie świadomość zbiorową. I da odpór tym podłym broszurom i agitkom, które na rynku księgarskim się pojawiają, produkowane, rzecz jasna, przez wsteczne i zacofane grupki gryzipiórków ze skostniałego, obskuranckiego obozu konserwatystów, chadeków i klerykałów. Udowodnię, że nie było żadnych kresów, a bogobojne ludy wschodu nigdy nie popełniały żadnych zbrodni, co im bezzasadnie zarzucają eksternistyczne elementy w naszym piśmiennictwie , a przeciwnie, tylko cierpiały i ponosiły strat moralne z powodu naszej, niestety, polskiej, agresji i barbarzyństwa. Dlatego jak najszybciej należy się pozbyć słowa polak i kresy. A że mam przyjaciół w naszych wielkich opiniotwórczych redakcjach „Mądrzy i Zaufani” i „ Tylko my” oraz w zaprzyjaźnionych redakcjach Zachodu, szybko wyprę ze świadomości zbiorowej ten kompromitujący obraz dawnych czasów. Bo nie możemy tolerować obecnej niesłusznie podsycanej nienawiści do bratnich obywateli za granicą… choć prawdę mówiąc i ten termin… granica – należy wyprzeć z naszej świadomości… świat postępu i demokracji nie zna granic… w każdym razie pojęcia, które rażą, dręczą i jątrzą, a kresy jątrzą, należy natychmiast wyeliminować z naszych słowników… - popatrzyła zwycięsko na areopag mądrości.
- W czym rzecz? – cicho spytała, nachylają się w stronę prof. Bzika red. Jeżozwierz. – Co to za kresy? - nie mogła pojąć.
Prof., Bzik wycedził przez zęby:
- To wrogi społeczeństwu obywatelskiemu twór reakcji byłych właścicieli ziemskich, którzy zmuszali do niewolniczej pracy dzielny, zaprzyjaźniony dziś z nami dawny lud Rusinów, Białorusinów i Litwinów. Naturalnie, obecnie mieszkańców zaburzańskich krain.
- Ach, tak?! – redaktor Jeżozwierz była zaskoczona. – Nigdy nie słyszała o żadnych kresach. Skonfundowana dopytywała:
- I co? Te kresy dzielą?
- Jasne, że dzielą – mówił z zaangażowaniem profesor Pszczoła, jakby słysząc wątpliwości cenionej pani redaktor. – Całkowicie się zgadzam z naszą wielką pisarką, że pora nadać nowy sens zdarzeniom… nową nazwę,… nowym, postępowym językiem o tym mówić… pokazywać, nagłaśniać… Nie wątpię, że pani Tamara napisze słuszną ideowo powieść popularyzującą nasz obywatelski i demokratyczny punkt widzenia. Takich pisarzy nam trzeba… Nagłośnimy ją i zgłosimy do nagrody „Złotego Pióra Postępu”, przyznawanego przez „Gazetę Wybiórczą”. I postaramy się, by wygrała, wszakże mamy tam samych swoich ludzi. Nie pozwólmy, by narzucano nam obce standardy zacofania i gnuśności intelektualnej… Nasza prasa, radio i telewizja powinny unieszkodliwić, jak słusznie pani Tamara nazwała, agitki i broszury propagandowe gryzipiórków…
- Albo przemilczeć – dodała feministka, ceniona z zawodu krytyczka literacka.
- Tak, przemilczeć! - wsparła ją natychmiast redaktor Jeżozwierz.
- Nie da się! – usłyszała dziwny głos.
- Jak to się nie da? – rzuciła pogardliwie. – Ja sama już wiele rzeczy przemilczałam. I dało się! – chełpiła się.
- Ale tego się nie da!
- Jakże się nie da? – buntowała się, ale nagle poczuła, że coś dziwnego zachodzi w audytorium. Wszystkie głowy były skierowane ku niej, a na twarzach rysowało się zdziwienie, by nie powiedzieć, zaskoczenie. Na dodatek zobaczyła, jak przed jej oczami przesuwa się zapalona świeczka, a płomyk chybocze. Patrzyła na nią zdumiona, nie wiedząc, co to wszystko znaczy. – Boże, ja rozmawiam sama z sobą - była zdruzgotana, a na dodatek przeraziła się, że użyła słowa „Boże”, które też jest już z pewnością szkodliwe.
- Nie sama z sobą, tylko ze mną – usłyszała głos świecy, a płomyk jeszcze bardziej zachybotał.
- Co jest? – redaktorka pragnęła otrząsnąć się z wrażenia. Ale uparta świeczka wciąż przed nią się przesuwała. – A głos sączył do ucha nienawiść:
- Ty zdziro! – słyszała. – Chcesz przemilczeć zbrodnie?
- Chyba śnię!? No, nie, to nierealne?! – dziennikarka chwyciła się za głowę. – Tamara, Kazia? – wezwała na pomoc feministki.
- Źle się czujesz? – już nachylała się ku niej pisarka, widząc, jak redaktor Jeżozwierz zmienia się na twarzy. To blednie, to czerwienieje, a jej usta przybierają barwę sino-czarną i drżą.
- Coś ci dolega, Niusia? – troskliwie pytały feministki.
- Nie widzicie?! – redaktorka pokazywała ręką świeczkę.
- Co nie widzimy? – naraz zagadnęły.
- No, ją? Tam… płynie… – śledziła ruchy oddalającej się świeczki, aż zniknęła.
Wiele dni potem, Wysoki Sądzie, gdy wyjaśniano tę sprawę, redaktor Jeżozwierz nie była już pewna, czy to była świeczka, czy tylko złudzenie optyczne. Odpowiadała wymijająco. Ale teraz uświadomiła sobie, że może narazić się na kpiny i śmiech, więc obróciła wszystko w żart. I też odparła wymijająco:
- Och, chciałam sprawdzić waszą czujność obywatelską – powiedziała z rozbrajającą szczerością, wycierając pot z czoła. I odetchnęła, widząc, że świeczki już nie ma. Ale spójrzmy, co się dzieje z profesorem. Zobaczył chwilowe zmieszanie wokół redaktor Jeżozwierz, jednak widząc uśmiech na jej twarzy, wrócił do wykładu. Zresztą na krótko. Ale nie uprzedzajmy faktów. Postanowił przeprowadzić ostry atak na fałszywą świadomość.
Odkaszlnął, nabrał w płuca haust świeżego powietrza i miał już na języku słowa, które należałoby uśpić, bo niszczą społeczeństwo obywatelskie. Już się delektował swoim zwycięstwem, że zaraz padną pod skalpelem takie pojęcia jak mord, rzeź, masakra, męczeństwo, zagłada, i najgorsze z nich, absolutnie nie pasujące do nowych czasów, bezpodstawne i histeryczne - ludobójstwo. Mamy wiek XXI, tłumaczył w duchu, a tu takie naleciałości. Zastanawiał się przez chwilę, czy nie zdemaskować też takich pojęć jak Lwów, Wilno, Kowno, Tarnopol, Krzemieniec, Stanisławów, Stryj, Buczacz, Kołomyja, Drohobycz, bo drażnią one i nastawiają negatywnie do siebie społeczeństwa obywatelskie kilku krajów. Zresztą, miast takich już nie ma. A ich imiona tylko jak duchy straszą. Może pod gilotynę pójdą później, postanowił. Najpierw uporam się z: „ludobójstwem na kresach”, bo ta zbitka jest najgroźniejsza. Wywołuje agresję, uprzedzenia i wrogość. No i te straszne liczby, dwieście albo i trzysta tysięcy wymordowanych Polaków. Jakiż to balast. Tylko język jest w stanie się z tym uporać. I już otwierał usta, by huknąć z całej siły:
- Eliminujemy „ludobójstwo” z naszego słownika.
Oparł się obiema rękami o mównicę , podniósł najwyżej jak mógł głowę, co zapowiadało nową sensację, gdy usłyszał:
- Milcz!
- Co proszę? – automatycznie odparł.
- Milcz, gadzie! – znowu usłyszał.
Obejrzał się, ale nie zauważył niczego szczególnego.
Spojrzał po sali, wszyscy skrupulatnie notowali. Nawet profesorowie: Cudrak i Pingwin, Bzik i dr hab. Ślizg, wojewoda Migotek i sam prezydent Rój. – „Hm!” - zamyślił się .
- Żadne hm, baranie! – przed nim stał wielki, czerwony kogut. A właściwie nie stał, tylko wisiał w powietrzu. Jakby był zainstalowany w przestrzeni. Dziób wymierzył prosto w jego lewe oko i zastygł.
Zdezorientowany profesor bąknął:
- Czego chce?
Audytorium podniosło głowy i wyglądało jak umarła klasa Kantora. Martwe spojrzenia. I paraliż. „Oni też widzą tego koguta”, pomyślał ze zgrozą. I postanowił, że się nie da zmorom. Już raz odparł ataki widm.
- Nie było żadnego ludobójstwa! – ogłosił na cały glos.
- Co?! – ryknął kogut. – Nie było ludobójstwa?! - I złowieszczo syknął: - Uprzedzałem, świński ryju, że nie skończysz tego przemówienia. A ty nadal bredzisz i łżesz jak z nut. Wstydu nie masz, honoru żadnego, tłuku!
„Nie dam się wrażym siłom!” – profesor twardo stał na gruncie realizmu.
A na sali zapanowała taka straszna cisza, że słuchacze usłyszeli ciche brzęczenie przelatującej nad głowami muchy i skierowali na nią swoje spojrzenia. Mucha kilka razy okrążyła mównicę, usiadła na mikrofonie i wbiła ciemny wzrok w profesora. I proszę sobie wyobrazić, profesor dostrzegł to mroczne spojrzenie i zamarł. Ale nie zapomniał o kogucie. „Gdzie zjawa”? Ale koguta nie było. Ciężko westchnął i pomyślał, że pora odpocząć. Spojrzał na zegarek. Wykład trwał już godzinę. A tu jeszcze…
- Mucha!? – jakby sam siebie usłyszał. Jednak nie ruszył ustami. To było wewnętrzne pytanie, charakterystyczne dla umysłów wyższych. Prostak by rąbnął – Mucha! – I ryknąłby: - Spierdalaj! – A profesor, nie. Stał na mównicy i analizował. Mucha, nie mucha. A jeśli nie mucha, to co. I czego ode niego chce. Mucha wprawdzie była normalna, może nieco tylko większa od zwykłej muchy, bardziej czarna, nawet granatowa, ale nie to profesora zdumiewało. Tylko to nieruchome, lodowate spojrzenie, skierowane tym razem w sam czubek nosa. Jakby mucha miała zamiar na nosie lądować. O, nie, moja panno, prowadził profesor z nią intelektualny spór. Nie pozwolę na to. I zamachnął się, by ją odgonić. Ale mucha, o dziwo, nawet nie drgnęła. - Co jest? – gniewnie rzucił . - Natrętna gnida!
- Tylko nie gnida! – mucha oderwała się od mikrofonu i zaatakowała. Profesor poczuł gwałtowne uderzenie w czubek nosa, a potem w ciemię. Uniosła się nad nim i zawisła w powietrzu, jakby zastanawiając się, gdzie uderzyć. I z całych sił rąbnęła w ucho. A potem w oko. I w drugie oko. Wbiła się w powiekę, w wargę i w szczękę. A profesor zamachnął się ramieniem, by ją zabić, ale muchy już nie było, natomiast uruchomiona dynamiką dłoń wymierzyła profesorowi sążnisty policzek.
Aż audytorium żachnęło: - Och! – poszedł po sali jęk.
- Ty ćwoku! – usłyszał profesor i zobaczył jak lotem koszącym mucha mierzy mu prosto w źrenicę. Nie zdążył zamknąć oczu, gdy poczuł bolesne pieczenie.
- Odwołaj, hieno, swoje brednie! – po chwili usłyszał brzęczenie w uchu.
- Bo co?! – bronił się ostatkiem sił, machając rękami. Wyglądał jak wiatrak ośmioramienny. Walił na odlew na wszystkie strony, serce skakało nieprzytomnie, tętno się wzmogło, ciśnienie skoczyło, a on poczuł, jak ciemne sztormy wlewają się do mózgu.
I wtedy stało się najgorsze. Mucha z wściekłością poderwała się w powietrze, a profesor widząc resztkami wzroku, jak pikuje, zasłonił się obiema rękami, niestety, nie zamykając ust. A ona wpadła mu prosto do gardła. I profesor zaczął się dusić.
Wszyscy widzieli, jak się miota, charczy i pluje, ale nikt nie był w stanie udzielić pomocy. Byli przyrośnięci do ławek. Nawet Prezydent. A profesor padł na podłogę i w torsjach konał.
Ale nie skonał.
Ktoś jednak zdążył zawiadomić karetkę pogotowia i profesor został uratowany. Późniejsze badania wykazały, że wyjątkową trzeźwością umysłu odznaczył się portier, który akurat niósł ważną dla Prezydenta depeszę i widząc sparaliżowaną salę i miotającego się po podłodze profesora, wezwał pomoc.
***************************
( Dziękuję za poświęcony czas, będę wdzięczny za uwagi, opinie i czekam na oferty wydawców)
JAK ZNISZCZYĆ TWÓRCĘ?
(ŻYCIE WŚRÓD PISARZY, AGENTÓW I INTRYG)
( fragment przygotowywanej do druku książki )
Stanisław Srokowski
Spośród kilku tysięcy czytelników, którzy zapoznali się z pierwszym fragmentem przygotowywanej do druku książki, a tutaj prezentowanej, otrzymałem siedemdziesiąt dziewięć listów, e-maili i telefonów z prośbą, bym uzupełnił tekst o nowe fragmenty. Spełniam więc prośbę i przedstawiam w końcowej części relacji takie obrazy, które dają pojęcie o sile i wpływach służb specjalnych PRL, agentów i ich pomocników, w kształtowaniu życia kulturalnego kraju oraz pokazują, jak daleko sięgały ich ręce, także za granicą.
Bezpiece oraz jej agentom skrzętnie pomagali nieraz ludzie z mojego otoczenia, ze środowiska literackiego, znam niektóre nazwiska, nie wszyscy formalnie byli agentami, ale zło, jakie czynili, było nieraz znacznie większe niż to, które czynili sami agenci. A dzisiaj pragną, by lustrację odłożyć na koniec świata. Z poprzednego tekstu usuwam niektóre zapiski oraz dokumenty i dołączam nowe, wielce pouczające.
****
Przez lata pisałem dzienniki.
Dzisiaj służą mi one do rekonstruowania niegdysiejszych sytuacji, wydarzeń i faktów. Pozwalają lepiej zrozumieć czasy PRL w świetle dokumentów IPN. Bezpieka, jak wiadomo, inwigilowała środowiska twórcze, pisarzy, plastyków, muzyków i aktorów. Ja także byłem na muszce bezpieki.
Najpierw chciała mnie zwerbować, jako agenta, a gdy się jej to nie udało, wykańczała zawodowo.
Po raz pierwszy, po wydarzeniach marcowych 1968 r., kiedy zmuszony zostałem do opuszczenia szkoły w Legnicy. Po raz drugi w 1974 r., kiedy na skutek nacisków tajnego współpracownika, "Kasandra", a także innych, zdjęto mnie ze stanowiska kierownika działu kultury w tygodniku „Wiadomości”, co potwierdzają dokumenty. I po raz trzeci, gdy w stanie wojennym wyrzucono mnie z pracy i wygnano z Wrocławia.
Zahaczyłem się wówczas w Zagłębiu Miedziowym i przez 6 lat dojeżdżałem do Lubina. Bo nigdzie indziej roboty nie mogłem znaleźć.
Pewnie by nie powstała ta książka, gdyby nie przypadek.
Gdy już w Polsce komunistycznej system się sypał, pewnego wieczora, wracając z autobusu, wpadłem do Klubu Dziennikarza we Wrocławiu, by nieco odpocząć. I wtedy podszedł do mnie lekko ululany facet, o którym wszyscy tutaj wiedzieli, że nazywa się „pan Stefan” i jest z SB, czego nie ukrywał.
Nie znałem go osobiście, ale wiedziałem, kim jest i jak wygląda.
Podszedł do mnie i powiedział, że przez lata bezpieka zastawiała na mnie sieć agenturalną, ale ponieważ nigdy w nią nie wpadłem, zaczęła rozpuszczać po mieście plotki, że jestem kapusiem.
Spytałem go, dlaczego to robiła. Przecież to absurd. Odparł, że chciała mnie skompromitować w środowisku literackim, ponieważ byłem popularny i mogłem negatywnie wpływać na innych. A tego się bała. Dlatego izolowała mnie od reszty, a więc także od moich czytelników.
Osłupiałem.
Nigdy nie przypuszczałem, że za moimi plecami toczy się taka gra. I że intryga i plotka stają się narzędziem walki politycznej.
Nigdy też nie przyszło mi do głowy, że wtedy puszczona plotka przetrwa lata.
Słudzy, posłańcy bezpieki i agenci wpływu dotarli już w wolnej Polsce nie tylko do moich znajomych i przyjaciół, by ich do mnie zrazić, co samo w sobie jest obrzydliwe, ale dotarli do moich wydawców, porządnych ludzi i nalegali, by nie wydawali moich książek.
W innych rozdziałach zajmę się tym problemem bardziej szczegółowo.
Podam nazwiska, fakty, okoliczności i miejsca, w których agenci wpływu tak aktywnie penetrują życie publiczne i niszczą je.
Ta książka ukaże zachowania i postawy godne najwyższego szacunku, ale też zachowania i charaktery podłe i godne pogardy.
Zobaczą Państwo całe skomplikowane laboratorium intryg, potwarzy i niegodziwości.
Im bardziej zanurzam się w dokumentach IPN, tym bardziej jestem przekonany, że raz na zawsze należy dokonać lustracji. Trzeba wreszcie przeciąć ten wrzód, by wiadomo było, kto jest kim.
Lustracja jest niezbędna, konieczna.
Tylko ona może oczyścić nasze zbiorowe życie z hańby i nikczemności.
A wracając do rozmowy z "panem Stefanem", to dzięki niej otworzyły mi się oczy na wiele spraw i rzeczy, których wcześniej nie rozumiałem.
Po tej rozmowie nagle zaczęły one do mnie docierać i nabierać nowego znaczenia.
Teraz już wiem dużo więcej.
(Pisałem o tym też w „Arcanach”, nr.1/2009. Gorąco zachęcam do czytania tego ciekawego i intelektualnie twórczego pisma).
W 1979 r. byłem wiceprezesem Zarządu Oddziału Związku Literatów Polskich we Wrocławiu.
Henryk Worcell był prezesem.
Dziś wiem, że był także agentem bezpieki. I to bardzo płodnym.
Wtedy, rzecz jasna, tego nie wiedziałem. Uważałem go za swego przyjaciela.
Oprócz niego kręciło się wokół mnie wielu innych agentów. Chcieli zapędzić mnie do swojej stajni, zwabić, szykowali papiery, wpisywali tam moje dane, trudzili się biedacy, bez skutku. Widzę dziś po dokumentach z IPN, ile wykonali ciężkiej roboty, jak skrupulatnie szli za mną, jak donosili, a esbecja gromadziła, gromadziła, notowała, notowała, bez skutku. Na nic zdała się im cała robota, na nic te wszystkie papiery, charakterystyki, opisy moich oczu, twarzy, włosów, romansów, wypitych wódek; wszystko notowali, notowali... i nic.
Oto pierwsze „Zapiski” i dokumenty IPN z tamtych lat:

Odbywa się tam biczowanie Srokowskiego. I pokazywanie jego wrednej, wręcz obrzydliwej natury. Srokowski w tym donosie, w oczach Worcella, to istny potwór, niszczy prezesa ZLP we Wrocławiu i poza Wrocławiem, załatwia sobie przychylne recenzje u krytyków, rządzi żelazną ręką w Ossolineum, dyktuje warunki drukarniom, zmienia decyzje „Trybuny Ludu”, a nawet steruje Komitetem Wojewódzkim PZPR. Słowem, terroryzuje Wrocław. Nawe drży przed nim wielce wpływowa redakcja „Odry”, do której Srokowski chce wtargnąć siłą. Jak na pisarza bezpartyjnego, Srokowski wyrasta na tyrana. Niezłe z niego ziółko. I co najgorsze, wiąże się z Żydami. Dlaczego Worcell rysuje taki portret Srokowskiego? I czy to on rysuje?
„Dobra passa wydawnicza Srokowskiego trwa. Oto Ossolineum wyda w tym roku dwie pozycje; tomik wierszy i utwory dramatyczne „Drzwi”. Jak wyczytałem w „Zapowiedziach Wydawniczych”(1979, nr 6) „Drzwi” zawierać będą aż 22 arkusze wydawnicze… i ukażą się w nakładzie 10 tyś. egz.… Kto go popiera, kto go popiera? – pyta mnie wiele osób. Niestety, nie wiem słyszałem, że Samuel Beckett, ale czy to można wierzyć plotkom.”
Krotochwilny złośliwiec. Ale czuje atmosferę rozplotkowanego miasta i groteskowo ją ilustruje. A ja w tym czasie notuję:
18.01.79
Z tej notatki wynika, że docierają do mnie echa zakulisowej gry, ale ja jej wtedy nie rozumiem. Dziś, w świetle dokumentów, ta gra nabiera wyrazistości i siły.
4.02.79
Dodajmy, że Aleksander Soszyński był wtedy kierownikiem redakcji literatury współczesnej w Ossolineum. Po latach okazało się, że był także TW „Zenon” i konsultantem SB.
współczesne kłamstwo jest matematyczne
„Coraz częściej dochodzą mnie informacje – od bezpośrednio zaangażowanych - o waśniach w zarządzie ZLP.”
Tutaj następuje krótki opis, kto kogo zgłasza do nagród i co z tego wynika. Srokowskiemu przypisuje blokowanie kandydatury Józefa Kellery, zamiast którego Srokowski miał wytypować Jana Kurowickiego. Ale agent musi to potwierdzić i rozmawia z Butryńczukiem.
„Tymczasem od Butryńczuka dowiaduję się – powiada - że rzecz miała się rzekomo trochę inaczej. Kurowickiego podobno typował H. Worcell, żeby nie mogła paść kandydatura Srokowskiego…
I to był fakt. „Zabłocki” jest tu dokładny. Pisze, że nie widzi możliwości
…„aby Srokowski mógł być brany pod uwagę w tym względzie.”…
Czyli agent wie, jakie Srokowski ma notowania w KW PZPR. I nie widzi żadnych szans na nagrodę. I wie, co myśli o tym Worcell. Śledzi natomiast dalej, jakie wpływy może mieć jeszcze Srokowski w mieście. I pisze:
„Bardzo rozgoryczony jest Franciszek Sikorski. Użala się, że jego książki leżą całymi latami w drukarni… Rozgłasza też opinie, że w przeciwieństwie do jego sytuacji – książki Srokowskiego są drukowane poza wszelką kolejnością”..
A więc już wiemy, skąd płyną do Worcella pierwsze plotki. Jak się wydaje, od Sikorskiego, przynajmniej po części. Władze wprawdzie nie cierpią Srokowskiego, ale on i tak sobie radzi. Ma znajomości w drukarni i rządzi jak chce. Podporządkował sobie nawet samego dyrektora drukarni, który na jego polecenie hamuje rozwój twórczy Sikorskiego. Dlaczego jednak Srokowski nie ma szans na nagrodę miasta?
16.05.1979 r., ppłk Wł. Zioło przyjmuje od „Zabłockiego” obszerny raport, w którym czytamy:
„W sobotę ub. tygodnia dzwonił do mnie Henryk Worcell, wyrażając żal, że ich nie odwiedzam. Użył określenia: „ktoś pewnie nie pozwala”. Zaprosił mnie na niedzielę, motywując tym, że nazbierało się sporo do omówienia. Przyszedłem do domu Worcellów, jak zazwyczaj, najpierw pani domu usiłowała w dużym podnieceniu( histerycznej afektacji) wyrazić swoje pretensje pod adresem – St. Srokowskiego. Swoim zwyczajem nie oszczędziła obelżywych epitetów pod jego adresem – w rodzaju „Szuja”, „szmata”, „oszust” etc. Potem zaczęła wykrzykiwać wręcz, że zmusi swego męża do pewnych drastycznych pociągnięć w stosunku do Srokowskiego. Kiedy wreszcie zaczęła wrzeszczeć, aby jej mąż natychmiast usunął ze swojej książki fragmenty tyczące postaci Srokowskiego, Henryk Worcell poprosił ją, aby pozwoliła mu dojść do głosu. Wtedy – spokojnie zreferował na czym polegają jego pretensje do Srokowskiego. Otóż, niezależnie od jakichś nawarstwiających się rzekomo licznych świństw, których miał on dokonać pod adresem obojga Worcellów, Srokowski rzekomo demonstracyjnie opuścił zebranie, na którym do nagrody miasta zaproponował Worcell J. Kurowickiego… Worcell powiedział, że już właściwie zdecydowany, aby udać się do Warszawy do Jarosława Iwaszkiewicza i poprosić go o umożliwienie zwołania nadzwyczajnego zebrania plenarnego ZLP – oddziału wrocławskiego. Na tym plenum chciałby on - jak powiedział – ujawnić wszystkie świństwa Srokowskiego. O szczegółach jednak nie mówił zbyt jasno. Odnoszę wrażenie, że za główne grzechy poczytuje się Srokowskiemu jego aktywność wydawniczą, która przebiega rzekomo w rezultacie krzywdy innych kolegów ze związku. Worcell ma też za złe Srokowskiemu, że nie przyjaźni się z Mieczysławem Orskim…powiedział, że ma jakieś kompromitujące sprawy z działalności Srokowskiego – i że właściwie jest gotów je ujawnić. H. Worcell był niedawno na literackim zjeździe w Krakowie, dokąd udał się razem z Urszulą Kozioł. Zatrzymali się w hotelu Holiday Inn, o czym opowiadał z pewną emfazą. Był też zafascynowany rozmową z Urszulą – w każdym razie zdecydowanie pod jej wpływem. Cytował też jej opinie o Srokowskim – o jego „grafomańskiej twórczości” etc. Dalszy tok rozmowy to już były wyraźne starania, aby i mnie zdecydowanie zrazić do Srokowskiego.”

„Zostały mi przytoczone rzekome świństwa, jakie rzekomo miał on mi wyrządzić. Chodzi o pewne sformułowania etc. Miał się rzekomo sprzeciwić mojej kandydaturze do ZLP. Nie wiem tylko, dlaczego taka rozmowa miałaby mieć miejsce w ogóle na Zarządzie, skoro nie złożyłem podania i jak dotąd wbrew namowom właśnie ze strony Srokowskiego(!) i Worcella podania takiego nie składałem.”
Widać wyraźnie, że nawet konfident nie daje wiary Worcellowi, nieustannie wciskając słówko „rzekomo”. Bo tyle karkołomnych bzdur napleść w czasie jednego spotkania może tylko ktoś, kto jest pod silnym wpływem złych emocji. A źródła tych emocji już znamy.
Czytelnicy, którzy poznali ten fragment książki na stronie internetowej, dostarczyli mi "Listy Marianny Bocian z lat 1981-2002", wydrukowane w "Bibliotekarzu Podlaskim" nr 7/2003 ("Epistolografia - In Memoriam"), zwracając uwagę na poniższe zdania:
Wrocław 15 maja 1989
"Ja z różnych powodów - pisze Bocian - znalazłam się "na boku", we Wrocławiu z literatami sprawa jest wręcz patologiczna, i żałosna. Założyliśmy tzw. Koło Solidarności
( ja z Falkiewiczem!), ale okrzyknięto nas "rozbijacką bandą".
Nie chcę grzeszyć, ale tak podłej baby jak U.K., to rzadko można spotkać. To już znikczemnienie, bo wszak tu wiadomo, że wygryzła Karpowicza i dostała to koryto
za... za w y e l i m i n o w a n i e generacji 68 i następnej. I zrobiła to idealnie. A teraz kogo gra? Męczennicę! No, nie!... Jestem pełna odrazy do takich zachowań!"...
Koloryt lokalny, ale koszty takiego kolorytu są dość wysokie. Idźmy dalej.
Worcell robi, co może, by Srokowskiego pogrążyć całkowicie. I mści się. Choć Srokowski wciąż uważa go za przyjaciela.
„Jako przeciwstawienie „podłej” natury Srokowskiego, Worcell podaje Jacka Łukasiewicza, Mieczysława Orskiego, a nawet Coriolana… Worcell we wszystkim, co mówił o Srokowskim – ujawniał pretensję dotyczącą zbyt silnej dominacji Srokowskiego. Wydaje mi się, że Worcell czuje się jakby drugorzędnie w stosunku do swego zastępcy – i być może stąd biorą się kwasy między nimi. Worcell chciałby, ażeby Srokowski był jego cieniem, aby każde działanie – i rezultaty tego działania - jeśli są one pozytywne, były przypisywane jemu. To samo też dotyczy autorstwa różnych inicjatyw na rzecz zarówno środowiska literackiego – jak i społeczeństwa naszego regionu. W najbliższym czasie ma dojść do skutku wyjazd trzyosobowej ekipy członków ZLP do ZSRR. Oczywiście Worcell zarzekał się, że woli posłać tam „takiego durnia jak Księski”, ale Srokowskiego nie wytypuje…Odnoszę wrażenie – w miarę jak bliżej poznaję obojga Worcellów – że są to ludzie bardzo chwiejni w swoich opiniach o innych ludziach. Wszystko zależy od wpływu pod jakim się aktualnie znajdują. Kto ostatni wychodzi od nich z domu, ten ma rację. Główną sprężyną tej nierówności jest oczywiście żona H. Worcella… Jest całkowicie bezkrytyczna… ma zdolności intryganckie… jest plotkarą. Pamiętam czas, kiedy gloryfikowała Srokowskiego, głosiła peany na jego cześć, teraz wywleka najintymniejsze sprawy, z których się zwierzał, w nadziei, że rozmawia z przyjaciółmi”…
Konfidentowi chyba nie mogą przejść przez gardło intymne rewelacje, które zdradza żona Worcella, ujawniając osobiste rozmowy ze Srokowskim. A Srokowski rzeczywiście zwierzał się Worcellom ze swoich kłopotów, opowiadał też o rozstaniu z żoną i kulisach tego rozstania. Teraz już o tym trąbi pół miasta.
„Jest to jedna z obiektywniejszych informacji, jakie czytałem od tego źródła. Potwierdza to nasze rozpoznanie o tym, że środowisko jest skłócone i daleko im do jedności.”
„Zabłocki” spotykał się z wieloma pisarzami i zbierał informacje. Ale bezpieka sprawdzała także jego, o czym świadczy dopisek ppłk Zioły. Badała, czy jest wiarygodny. Okazuje się, że był. To znaczy, że informacje nawet najbardziej wiarygodnych tajnych współpracowników były poddawane kontroli. A kim jest TW „Zabłocki”? Dzisiaj już znamy jego nazwisko. Dla mnie było dużym zaskoczeniem. To Danuta Kostewicz, w tamtych latach bardzo wpływowa politycznie dziennikarka Polskiego Radia i autorka opowiadań.
Byłem u Soyty ( dyrektora Wydziału Kultury) w sprawie Forum Poetów Europy. Podobało mu się… Impreza z rozmachem. Czy podołamy?
****
29.09.1979 r. napływa z Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Olsztynie do Naczelnika Wydziału III MO we Wrocławiu, a personalnie do kpt. Jędrzejczaka, groźna wiadomość. Kpt. Stefan Jędrzejczak, to wspomniany już na początku słynny bywalec Klubu Dziennikarza „pan Stefan”. Oto treść tego dokumentu:
„W trwającym w dn. 20-22.09. 79 r. Ogólnopolskim Forum Literackim pod hasłem „Pisarz a dzień dzisiejszy” w Lidzbarku Warmińskim uczestniczył m.in. z Waszego terenu Stanisław SROKOWSKI. Wymieniony zabrał głos w dyskusji ostro skrytykował przemawiających wcześniej Wł. Sokorskiego i K. Koźniewskiego za ich cyniczny stosunek do młodych i pełnych krytycznej aktywności twórców, za lekceważenie pisarzy spoza Warszawy, za niedocenianie poważnie liczącej się grupy twórców ludowych. Wystąpienie to było przyjęte z zadowoleniem zebranych… Poza tym t.w. ps. „Maria” siedzący w czasie obrad obok Srokowskiego zauważył, że ma on przygotowane przemówienie, które wg. relacji źródła było następujące:
I podpis: Naczelnik Wydziału II KWMO w Olsztynie

Istotnie, byłem na tym spotkaniu. I przemawiałem w taki sposób, w jaki TW „Maria” relacjonuje. Miałem ręcznie napisane uwagi do tego przemówienia i wykorzystałem je na mównicy. Szczególnie mocno akcentowałem potrzebę wołania, krzyku. Nie bez powodu. Tytuł mojej pierwszej powieści brzmi „Przyjść, aby wołać”(1976).
A w „Zapiskach”:
22.12.79

26.03. 80

1.06.80
W „Twórczości” kawał pięknej prozy Sołtysika. Szczególnie udana scena erotyczna, dzika i ekscytująca…
„Zabłocki” znowu się martwi złą atmosferą, jaka panuje wśród pisarzy. Szczególnie go boli, że Srokowski się kłóci z Worcellem. Dlatego donosi:
… „Stosunki między St. Srokowskim a H. Worcellem są wyłącznie zewnętrznie poprawne. Obaj się jednak( nawzajem co gorsza!) na swój sposób niszczą. Srokowski pije w bardzo dużych ilościach alkohol. Nie pisze. Narzeka na rzeczywistość”…
To narzekanie na rzeczywistość brzmi dość kiepsko, ale konfident się tym specjalnie nie przejmuje, analizuję sytuację w środowisku literackim i powiada:
…„Powoli zaczynają się znów organizować i rozwarstwiać grupy osób wewnątrz Oddziału. Najaktywniej działa Orski, któremu udało się już pozyskać przychylność kilku kolegów, w tym przede wszystkim Księskiego. Księski wprawdzie niczego sobą nie reprezentuje, lecz jest „głosem potrzebnym do glosowania”…
Wiele lat wcześniej Mieczysław Orski, obecny red,. nacz. „Odry”, został przez bezpiekę zarejestrowany jako TW „101”. W dokumentach IPN istnieje jego własnoręcznie napisane zobowiązanie do współpracy. Duże zaskoczenie.
Istotnie, nr 1/80 r. przynosi trzy mizerniutkie wiersze Księskiego. Oto jeden z nich::

Powtarzam, sam Worcell takich niegodziwości wymyślić nie mógł. Musiała działać bardziej wyrafinowana i cyniczna grupa. A Worcell stał się tylko pionkiem w tej grze. Rozumie to sam konfident, który powiada:
…„Worcell jednak nie wie, że jest tylko wykorzystywany do rozegrania delikatnej partii”.
O jaką partię tu chodzi? O skompromitowanie Srokowskiego. Była to typowa gra Służby Bezpieczeństwa, do której – niestety - skwapliwie dołączyła jedna z frakcji ZLP. Frakcja ta chciała przejąć kierownictwo w ZLP, a na drodze stanął nie Worcell, z którym, jak powiada konfident, …”pozornie wdali się w przyjacielskie stosunki”…, a Srokowski. Bo Srokowski nie wdawał się w pozornie przyjacielskie stosunki. Nie było to w jego naturze, ani obyczajach. A poza tym, Srokowski był odpowiedzialny za sprawy merytoryczne w Zarządzie. Za inicjatywy kulturotwórcze (m.in. za koncepcję europejskich spotkań literackich, które zostały utrącone). Uderzenie w Srokowskiego było uderzeniem w program przez niego lansowany, który miał włączyć Wrocław do obiegu europejskiej kultury. Najsmutniejsze jest to, że w walkach frakcyjnych jedna z grup staje się narzędziem w rękach bezpieki, realizując jej plan niszczenia i rozbijania środowiska twórczego.
CHRONICA POLONORUM

****
Plotka, którą ukuła bezpieka, by mnie izolować od środowiska, a rozpowszechniali ją usłużni koledzy po piórze, poczyniła w moim życiu literackim niepowetowane szkody. Dotyczy to m.in. zablokowania moich książek przed wejściem na rynek zagraniczny. Oto listy od tłumaczy, które świadczą o tym, jak liczne i poważne były ich zamiary. I to w wielu europejskich i pozaeuropejskich krajach, np. w Czechosłowacji, Bułgarii, Rumunii, Grecji, Włoszech, Jugosławii, Holandii, ZSRR, Finlandii, Niemczech i Stanach Zjednoczonych. A potem jak nożem uciął, wszystko się urywa. Tak nagle? Bez powodu? I to we wszystkich krajach naraz, jakby się umówiły? Gdy tyle książek zostało już przetłumaczonych? Dziś wiemy, że jednych pisarzy bezpieka i jej agenci wynosili na szczyty sławy, a innych rugowali z rynku literackiego. Nic dziwnego, że bezpieka groziła mi, iż gorzko pożałuję, jeśli się nie skuszę na obietnice ( mieszkanie, praca, zarobki, wyjazdy zagraniczne, przekłady). Nie skusiłem się. I oto skutki. Poczytajmy te listy jako kronikę nadziei, która się nigdy nie ziściła. I puśćmy wodze fantazji, co by się stało, gdyby te wszystkie zapowiedzi nabrały kształtu realnego. W którym miejscu znalazłby się pisarz?
LIST Z ZSSR
Drogi Stanisławie!
po pierwsze, mogę Cię uradować. Przetłumaczyłem i złożyłem w „Newie” spory zbiór wierszy czterech polskich poetów: Różewicza, Karpowicza, Szymborską, Srokowskiego… One już są w redakcji, a ja otrzymałem pieniądze, czyli, na początku roku wszystkie się ukażą.
Wiktor Sosnora, Leningrad, 6 grudzień 72
LIST Z BUŁGARII
Muszę Ci powiedzieć, że piszesz niesamowite listy (mam nadzieję, że ten zaszczyt to tylko dla mnie, bo mi się podobają). Gdyby nie one, to bym się wahała przekładać, czy nie, Twoje znakomite „Drzwi”. Ale poziom listów przekonał mnie...
Sylwia Barysowa, Sofia, 11.9.75
LIST Z WŁOCH
Drogi Stasiu,
dostałem dopiero kilka dni temu paczkę z twoją książką. Już na moim regale ( poświęconym polskim współczesnym autorom) stała książeczka „Przyjść, aby wołać”. Teraz mam Ciebie i w prozie: stajesz się niedrugorzędną pozycją w moim księgozbiorze!
Ale zanim ją postawię na należytym miejscu, chcę ją przeczytać. Oglądałem na razie tylko początek: zachęcający, raczej mało podobny do innych produktów pisarskich współczesnej literatury polskiej ( i europejskiej).
Twój Antonio
Florencja 7.7.77
LISTY Z CZECHOSŁOWACJI
Szanowny Panie!
…”Drzwi” przeczytałam z dużym zainteresowaniem. Głębokie studium na temat wolności i samotności współczesnego człowieka. Doskonałe dialogi…
Jan Sedlak, 14.11.77r.
***
Drogi Żorż,
dziękuję za list i za sztukę. „Legenda” – podoba mi się i od razu wstawiłem ją do planu dramaturgicznego. Rzecz podlega oczywiście jeszcze uchwale Rady Artystycznej, ale to już tylko formalności. Mam zamiar wystawić sztukę na jesieni b.r. /październik, listopad/.
… Na premierę oczywiście chciałbym cię zaprosić… Rozmawiałem z tłumaczem (Vlašek jest bardzo zajęty, ale sztukę weźmie na warsztat Pavla Javorská). Dam ci jeszcze znać.
Wilhelm Przeczek, 1.3.1978
***
Drogi Stasiu!
…Sztukę bierzemy na warsztat w Teatrzyku ZG PZKO, studium Teatralne, w lipcu 1978, premiera będzie w sierpniu. Poza tym chcę ją wystawić na tzw. Małej Scenie w Bielsku Białej – gdzieś na jesieni.
Wilhelm Przeczek, Czeski Cieszyn, 28.4.1978
***
Sprawa z… powieścią „Lęk” jest realna. Chyba wejdzie do planu wydawniczego na rok 1981. Tak mi przynajmniej mówił, notabene, w obecności Tadka Śliwiaka, redaktor naczelny Wydawnictwa Profil – inż. Miroslav Rafaj / brat Oldřicha/. Pavla Javorská stale czeka na umowę z wydawnictwem. Lęk jest już przetłumaczony, i to dobrze, czytałem fragmenty. Rafaj /praski/ będzie nawet drukował fragment.
Wilhelm Przeczek, Czeski Cieszyn 28.5.1979
***
… Mam od Pana rękopis „Rysów” oraz „Ty”, jak również niektóre inne książki - „Fatum” , „Ścięte ptaki”, „Strefa ciszy”, wszystkie przeczytałem, a część z nich przełożyłem; chcę dać Pana rzeczy do radia i do druku. Najpewniej do naszej „Światowej Literatury”. Proszę o przesłanie mi dobrej, prywatnej fotografii, Pana portretu, abym mógł go dołączyć do Pana wierszy.
Oldřich Rafaj Praha, 29.5.1979
***
… Rafaj jest przekonany, że Twoja powieść wyjdzie w PROFILU, ale nie może mi ciągle jeszcze wskazać terminu. Żal mi tłumaczki, Pavly Javorskěj, która włożyła „w ciemno” całą sprawę, pracę i teraz też czeka.
Twój Wilhelm, Czeski Cieszy, 30.8.1979
***
… Na moje zamówienie nasza BIBLIOTEKA ZG PZKO otrzymała już Twoje „DRZWI”. Wspaniałe! Na pewno jedną z tych sztuk /chyba CIENIE/ będzie grała Scena Polska Teatru Czesko-Cieszyńskiego… Dr Karel Wojnar z TV Ostrawa dzwonił do mnie, jednak się zdecydowali i żądają do tłumaczenia Pavli Javorskiej Twojej sztuki, tej – która była drukowana w „ SCENIE”. Prosił mnie o Twój adres /chyba już po raz trzeci, zawsze gubi notatki/, więc zamierza do Ciebie pisać.
Ściskam Cię, Twój Wilhelm, Czeski Cieszyn 5.11.979
***
Szanowny Panie!
Bardzo dziękuję za przesłaną mi książkę utworów dramatycznych. Chętnie przeczytałem. Jeżeli chodzi o warsztat, to mi się wszystkie podobały, szczególnie „Aktorka”. Postacie wszędzie wybitne, żywe. Dialog doskonały.
… Z radością bym to przetłumaczył.
Jan Sedlak, Bratyslawa, 15.11.1979
***
Dziękuję za książkę /twoje sztuki/, jak będę mieć chwilę czasu, spróbuję niektóre przetłumaczyć. Piszesz bardzo interesująco, właściwie Twój styl mnie interesuje. Mnie osobiście.
Janusz Hyvnar, Praha , 1979
***
Dziękuję za list oraz książkę z dramatami. Widzę, że żyjesz podobnie jak ja, tułasz się z miasta do miasta, od dziewczyny do dziewczyny, od wódki do wódki. Przetłumaczyłem fragmenty z Twojej powieści a jeden z nich wydrukowałem w „Mlade Frontĕ” pod tytułem „Zmienna pogoda”.
Serdecznie pozdrawiam, Twój Jaroslav Holoubek, Praha, 3.12.79
***
Po prostu nie będą Nas w tej chwili wydawać. Nie chcą. Przyjdzie czekać, nic innego nie zostało. Ja również /podobnie jak tłumaczka Twojego „LĘKU”, Pani Pavla Jaworská/ władowałem w imprezę ze Śliwiakiem rok pracy, i wszystko na nic. Stasiu, przetłumaczyłem kilka twoich wierszy. Te, które przesyłam, pokażą się w praskim „Literárnim Měsičniku” – u dra O. Rafaja – ale nie wiem, kiedy. Jak to nastąpi, to oczywiście prześlę ci numer!
Wilhelm Przeczek, Bystrzyca, 28.8.1981
LIST Z JUGOSŁAWII
Drogi Panie Stanisławie,
Jedną z pierwszych wiadomości po powrocie do Polski była wiadomość, iż Pan stał się laureatem tegorocznej nagrody om. Stanisława Piętaka. Właśnie dzięki książkom, które ostatnio mi Pan przysłał do Zagrzebia. Oczywiście, serdecznie Panu gratuluję, wierząc w dalszą naszą wzajemną współpracę.
Uścisk dłoni, Milivoj Slaviček
LISTY Z NIEMIEC
Szanowny Panie!
Miał Pan jakoś „szczęście”, bo list i książka Pańska dotarły tu w chwili, gdy miałem dużo czasu, t. zn. leżałem w szpitalu po wstrząsie mózgu w dniu gołoledzi i dużo czytałem. Powieść wydaje mi się ciekawa… Łączę najlepsze pozdrowienia, ściskam dłoń.
Dr. Klaus Staemmler. Frankfurt, 29.XII.1978 r.
***
…Cieszę się, że mam Ciebie tłumaczyć. Więc już w bliskim czasie będę uważnie Twoje dramaty czytać i prawdopodobnie pisać recenzje o nich dla wydawnictwa Hensdue w Berlinie. Jak wiesz, to u nas krok przed tłumaczeniem.
Birgitt Pitschmann, Rostock 18.7.79
***
Szanowny Panie Srokowski,
tak jak umówiliśmy się przed dwoma laty, przetłumaczyłam fragmenty Pana książek „Duchy dzieciństwa” oraz „Repatrianci” i starałam się o to, by książki te ukazały się na rynku niemieckim…”
Christie Ettrich, Gỡrlitz, 21.03.2002
LIST Z RUMUNII
Drogi przyjacielu,
… Powieść „Nieobecny” powinna ukazać się w 1983 roku w Wydawnictwie „Univers”. „Lęk” w „Eminescu”. Umowę podpiszę w styczniu i postaram się, żeby opublikowali książkę także w 1983 roku. Kiedy leżałem w szpitalu chory, skończyłem tłumaczenie „Aktorki” i „Bajki”. Szukam teraz dobrego reżysera, żeby uznać robotę za zakończoną.
Z życzeniami zdrowia, Tudor Savu, Bukareszt,22.06.1980
LIST Z FINLANDII
…Czytam z przyjemnością Twoje „Cztery pory domu” i podziwiam piękny język i rytm.
… Mam nadzieję, że następnym razem spotkamy się w szczęśliwszych warunkach. Dziś 22-go lipca jestem z tobą, Twoją żoną i wielu innymi bliskimi mi Polakami.
Całuję Cię i Marię, Kirsti Siraste, 22.III.1982r. Sippola
NIEMIECKI LIST Z POLSKI
Szanowny Panie Srokowski,
W zeszłym roku Marlaene Schlieske z NRF, z którą Pan się spotkał w Bułgarii, dała mi do przeczytania Pański „Sen Belzebuba”, wspominając, że jest Pan zainteresowany ewentualnym przekładem na niemiecki. W dniach od 7. do 9. maja będę we Wrocławiu, jeśli można i sprawa jest dalej aktualna, to spróbuję skontaktować się z Panem telefonicznie.
Z szacunkiem, A. Lempp, Kraków, 29.4.83
***
Szanowny Panie Srokowski,
Planujemy pojechać do Wrocławia 10 czerwca. Mam nadzieję, że termin ten odpowiada Panu – odwiedzilibyśmy Pana tego dnia wieczorem /ca. 18ºº/.
Z szacunkiem A. Lempp Kraków, 23.5.83
LISTY Z AMERYKI
Zaczęło się od tego, że bodajże w 1981 przyjechał do Polski amerykański młody poeta i chciał mnie poznać. Gdzieś tam coś o mnie słyszał i zapragnął się ze mną spotkać. Nazywał się Daniel Bourne i należał do najmłodszej generacji amerykańskich poetów. Chętnie się więc spotkałem i szybko zawiązała się między nami życzliwa znajomość. Daniel był zafascynowany polską kulturą, a szczególnie literaturą, z uwzględnieniem poezji i dramatu. Przez kilka miesięcy przebywał w Polsce, jako lektor języka angielskiego. W USA pracował w bibliotece, będąc też wydawcą. Zajmował się tłumaczeniami z literatury polskiej. W ciągu roku na moim biurko pęczniał stosik listów od niego. Poniżej niektóre fragmenty z tych listów.
List z 11 kwietnia 1981
„Artful Dodge”” idzie całkiem nieźle. Nawiązałem korespondencję z Tymoteuszem Karpowiczem i mam się z nim spotkać jeszcze w tym miesiącu. Specjalne polskie wydanie, które Ci prześlę, gdy tylko zostanie zrealizowane, będzie zawierało prace… Aleksandra Wata, Gałczyńskiego, Rafała Wojaczka, Karpowicza, prostą, lecz cudowną poetkę z Nowego Jorku – Annę Frajlich-Zając… a także fragment Twojej „Ściany” (Akt trzeci). W wywiadach, które Ci przesłałem, przetłumaczyliśmy „Dziadka” (bardzo się spodobał) oraz „Moment”…
Uwaga: „Artful Dodge” to pismo literackie ukazujące się w tych latach w USA, „Dziadek” to moja sztuka teatralna, zaś „Moment”, to mój wiersz.
***
…„Ten list rozwlekły, być może egocentryczny, jednakże chciałbym go skończyć wyrazami szczerego podziwu dla Twoich postępów w j. angielskim, w miarę jak ja pracuję nad j. polskim. Chciałbym z tobą porozmawiać! Twoje dzieła, „Dziadek”, „Ściana”, „Moment”, ”Siedemnastoletni chłopiec pisze…” (nad którymi teraz pracujemy z Jurkiem) już przemówiły. W specjalnym wydaniu pisma „Artful Dogde” poświęconym polskiej literaturze, wszystkie polskie prace ukażą się po raz pierwszy w j. angielskim. Cieszę się, że miałem możliwość spotkania oraz przedstawienia ich wszystkich!”…
List z 12 maja 1981
„Nie mogę sobie przypomnieć, czy w moim poprzednim liście napisałem, że Jurek Polański, który tłumaczył zarówno „Dziadka” jak i „Ścianę”, jest zainteresowany tym, aby sztuki te zostały wystawione. Co Ty na to?”
List z 23 czerwca 1981
„Tego lata na Uniwersytecie stanu Indiana zostaną zorganizowane warsztaty dla pisarzy. Będzie tam prezentowane pismo „Artful Dogde”, zarówno polskie wydanie, jak i poprzednie, zawierające „Dziadka”. Spotkałem rosyjsko-polskiego studenta, który już czytał „Dziadka” w czasie zajęć w Poznaniu. Sztuka zrobiła na nim ogromne wrażenie i uważa on, że to dzieło czyta się równie dobrze w tłumaczeniu. Jurek Polański, który tłumaczył „Ścianę” oraz „Dziadka”, został nowym redaktorem działu kultury w „Artful Dogde”. On również wysłał Twoją sztukę do teatru w Kentucky oraz do koła teatru słowiańskiego na nowojorskim uniwersytecie w Stonybrook. Nie skończy się to prawdopodobnie jedynie na pokazaniu sztuki. Pierwszym etapem jest sprawienie, aby Twoja praca była czytana i znana. Zarówno Jurek, jak i ja, jesteśmy bardzo zainteresowani Twoim dramatem, dlatego będziemy kontynuować nasze starania. Oczywiście, interesuje mnie również Twoja nowa sztuka. Problem z pismem „Artful Dogde” polega na tym, że jest to czasopismo i nie mogliśmy wydrukować „Ściany” w całości, pomimo, że Jurek przetłumaczył sztukę do końca. Myśleliśmy o przygotowaniu specjalnego wydania dotyczącego dramatów”….
****
Smaczne kawałki, prawda? Ktoś się porządnie napracował, by moje książki nie ukazały się za granicą. Bo może by inaczej wygladała mapa literacka kraju - jak ironizował nieżyjący już przyjaciel, pisarz, Krzysio Gulbinowicz. I doradzał: - Pieprz ich!
****
27.03.1984 r. Naczelnik Wydziału III Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Wałbrzychu, ppłk Józef Kudke, zwraca się do Naczelnika Wydziału III WUSW we Wrocławiu i pisze:

Tylko takiego powiesić. Ale na tym nie koniec...
















